Trekking w dżungli z Kalu – Chiang Mai

Jednodniowy trekking w dżungli z przewodnikiem Kalu, to była jedna z najlepszych decyzji!

Już przed wyjazdem do Tajlandii wiedziałam, że chciałabym połazić trochę po dżungli i po górach. Musiałam znaleźć tylko odpowiednie miejsce i fajnego przewodnika, aby cała wyprawa dawała nam satysfakcję. W Chiang Mai, na północy Tajlandii jest bardzo dużo trekkingów organizowanych przez biura turystyczne. Naprawdę jest w czym wybierać. Jednak miałam ogromne szczęście, że trafiłam na Amazing Trekking. Amazing Treking to niekomercyjny freelanser - przewodnik o imieniu Kalu. Kalu 10 lat pracował w agencji turystycznej i prowadził dla niej wyprawy po dżungli. Od niedawna działa na własna rękę i organizuje jednodniowe lub kilkudniowe trekingi. 

Kalu to niesamowita osoba. Gdy podczas całego dnia rozmawialiśmy o jego życiu, byłam w coraz to większym szoku i zachwycie. Kalu wychował się w środku dżungli bez prądu i bieżącej wody. Wioska w której mieszkał z rodzicami i z rodzeństwem leżała 2h spacerem przez dżunglę do najbliższej drogi. Już jako sześcioletni chłopiec do szkoły podstawowej chodził także 2h spacerem w jedna stronę. Gdy zaskoczona zapytałam go „Czy chodziłeś tak codziennie do szkoły po 2h tam i z powrotem?”. On odpowiedział: „Nie, tylko od poniedziałku do piątku”. Haha. 

Jego rodzice i rodzeństwo nadal mieszkają w tej wiosce. Jest tam dziewięć rodzin w tym 35 osób. To jedna z mniejszych wiosek w dżungli. Dom jego rodziców dopiero od dwóch miesięcy ma baterie słoneczne. Do tej pory cały czas żyli bez prądu. Woda bieżąca to kranik podłączony do strumienia górskiego. Oczywiście bez podgrzewania. Ale więcej o wiosce, jak tam trafiliśmy i jak spędziliśmy czas, zaraz jeszcze opowiem. 

Jak dla mnie, cały dzień był lepszy niż National Geography czy Discovery. Do tej pory jak o tym myślę, to chce mi się płakać z wdzięczności, że mogłam tu być i doświadczać takich rzeczy. Wiem też, że mój opis raczej nie odda tych emocji i wspaniałości tego dnia. Ale spróbuję opisać to jak najdokładniej. 

Kalu ze swoim bratem, który był tego dnia naszym kierowcą, odebrał nas z hotelu o 7 rano. Pojechaliśmy od razu za Chiang Mai  w kierunku dżungli. Po około godzinie jazdy, zatrzymaliśmy się nad wodospadem. Mogliśmy się w nim wykapać, ale lodowata woda i pochmurne niebo jakoś nas nie przekonało do nurkowania w tej wodzie. O 8 rano było jeszcze dosyć chłodno. Weszliśmy do malutkiej jaskini, w które widzieliśmy kilka nietoperzy, obeszliśmy okolice wodospadu i ruszyliśmy autem głębiej w dżunglę. 

Po jakimś czasie jechaliśmy samochodem na szutrowych drogach w środku krzaczorów gdzie nie było widać żywej duszy. To było oczywiste, że żaden turysta ani mini busy z wycieczkami tu nie dojeżdżają. To była droga tylko dla ludzi, którzy o niej wiedzieli. Nie działał tam internet a Google map nie pokazywał nawet tej drogi na mapie. Sama jazda po niej była atrakcją. Do okola drzewa bananowca, gęste krzaki i tylko co jakiś czas pola uprawne. Przejeżdżaliśmy koło kilku domów. Kalu mówił, że to wioska w której mieszkają ludzie dżungli. Rzadko zdarza się aby jeździli do miasta. Ich życiem jest dżungla i maja tu wszystko czego im potrzeba. Koło jednego z domów na werandzie siedział bardzo stary pan i coś dłubał w drewnie. Kalu powiedział, że robi on maczety i sprzedaje ludziom z okolicznych wiosek. Tak zarabia na życie, choć mieszkańcy dżungli nie potrzebują dużo pieniędzy. Nie płacą za mieszkanie, prąd, tv, codzienny transport czy inne dobra jakie mamy my ludzie z miasta. Warzywa, owoce i ryż sami uprawiają a mięso mają ze swoich hodowli lub polują na nie w dżungli.

Zatrzymaliśmy się u pana od noży, bo Kuba chciał zobaczyć jak wyglądają i pomyślał, że może będzie to dla niego fajna pamiątka. W tym domku mieszkało małżeństwo. Starsza pani ciągle paliła fajkę i szwendała się w około gdy my, a raczej Kalu rozmawiał z panem od noży w języku dżungli. Nie był to tajski ani jakiś dialekt. Był to totalnie inny język którym posługiwali się ludzie mieszkający w tej części dżungli. Kalu nauczył się go gdy sam wychowywał się w dżungli. To był jego pierwszy język. Nigdzie indziej go nie używano, tylko w tym rejonie. 

Pan od maczet przyniósł nam kilka z nich i położył na ziemi abyśmy mogli sobie obejrzeć. Wyglądało to naprawdę super. Aż nie chce się wierzyć, że ten pan ostrze wykuwał sam w ogniu na kowadle wielkości dwóch dłoni. Prawdziwe rękodzieło. Warte więcej niż pamiątka z miasta. Kalu wytargował nam niższą cenę. 450 batów (46 zł) zamiast 500. Ostatecznie i tak daliśmy panu 500 batów. Dla nas to tylko 55 złotych a dla niego znacznie więcej. Kalu swoją maczetę także kupił tutaj. Gdy szliśmy przez dżunglę wycinał nią wystające liście na drodze i kubki z bambusa, które zrobił nam w prezencie. 

Ruszyliśmy dalej w drogę. Jechaliśmy jeszcze jakieś 15 min i zatrzymaliśmy się przy kolejnym domu gdzie zaczynał się nasz trekking. Kierowca wysadził nas tutaj i pojechał gdzieś dalej. Nie wiem czemu ale w ogóle nie pomyślałam, żeby zabrać ze sobą adidasy na ta wycieczkę. Kalu powiedział, że sandały, które miałam na sobie, to nie najlepsze buty na ten spacer i oddał mi swoje adidasy, a Kubie dał swoje drugie buty trekingowe. On sam poszedł w dżunglę w japonkach. Mówił, że już nie raz robił tą trasę w japonkach. Kuba ostatecznie szedł w swoich sandałach a ja w za dużych butach Kalu. Trasa może nie była jakaś bardzo trudna ale na pewno adidasy były wygodniejsze do jej pokonania niż sandały. Tak więc ruszyliśmy w dżunglę. Taką prawdziwą dżunglę gdzie nie ma żadnych ulic w okolicy a tym bardziej ludzi. Podchodziliśmy pod górę, potem w dół, potem znowu pod górę i tak całą trasę. Naszym celem była wioska Kalu. Szliśmy na obiad do jego domu. Dżungla była zielona ale na ziemi leżało bardzo dużo suchych, brązowych liści, jak u nas w Polsce jesienią. Jest tu teraz najbardziej suchy okres, w którym to połowę liści spada z drzew. Od listopada do lutego lub w naszym letnim czasie gdy jest tu pora deszczowa, podobno w dżungli jest znacznie bardziej zielono a na ziemi nie ma tych wszystkich liści. Treking był zaplanowany na 3h. Zdarza się, że czasem trwa dłużej. Wszystko zależne jest od tempa uczestników. O dziwo my z Kubą należeliśmy do tych co chodzą szybciej. Nie robiliśmy przerw po drodze poza piciem wody i na miejsce dotarliśmy już po dwóch godzinach. 

Sam spacer był momentami dosyć ciężki. Chwilami łapała nas zadyszka. W 30-35 stopni chodzenie po górach w było dla nas wyzwaniem. Ale Kalu nawet się nie spocił. Pokonywał tą trasę od dziecka. To właśnie do tej drogi musiał dojść jak chciał pojechać do miasta. Do tego teraz jako przewodnik robi tą trasę kilka razy w tygodniu. Tak więc Kalu jest bardzo szczupły i ma umięśnioną sylwetkę, której pozazdrościłby niejeden facet. Taka ilość trekingów jaką robi pozwala mu trzymać formę. Ale prawda jest tez taka, że dobrze się odżywia. Nie opycha się ciastkami i fast foodami. Ryż, warzywa, owoce i co jakiś czas mięso to jego codzienna dieta. Gdy na tratwie Kuba ściągnął koszulkę i Kalu zobaczył jego nowo wyhodowany brzuch, to klepną Kubę po brzuchu i ze śmiechem zapytał „Co to jest?!?!”. To było zabawne. Dla Kalu byłoby ciężko dorobić się takiego brzucha 🙂

Jakoś w połowie drogi widzieliśmy, ze szczytu gór wioskę, do której zmierzaliśmy. Gdy ją zobaczyłam, pomyślałam, że widzimy tylko kilka domów tej wioski. Ale ostatecznie okazało się, że widzieliśmy wszystkie domy. Mieszka w niej tylko 9 rodzin, więc była to naprawdę mała wioseczka. Pod koniec trekingu szliśmy już głównie w dół. Było co raz więcej liści na drodze, wiec Kalu szedł pierwszy i kijem rozgarniał przed sobą liście aby nie nadepnąć ukrytego w nich węża. Chciał abyśmy bezpiecznie przeszli przez ścieżkę, bez żadnych niemiłych niespodzianek. Mówił, że węże często chowają się w liściach i można na nie nastąpić. Z początku myśleliśmy, że żartował, ale gdy zobaczyliśmy jak dokładnie odgarnia liście ze ścieżki, to wiedzieliśmy, że mówił poważnie. Kalu śmiał się prawie cały czas, ze wszystkiego, więc gdy mówił, ze śmiechem rzeczy trudno wyobrażalne dla nas, to czasami myśleliśmy, że żartuje. 

W końcu doszliśmy do czarodziejskiego miejsca. Wioska z kilkoma drewnianymi domami na palach tuż przy rzece. Pod domami w cieniu chłodziły się zwierzęta: bawoły, świnie, kurczaki, psy i koty. Przez szpary między dechami było można zobaczyć co jest w środku. Wszędzie sucha, spękana ziemia. Szliśmy wzdłuż tych wszystkich domków do ostatniego z nich. Nikogo nie było na zewnątrz. Zapewne w takim upale ludzie siedzą w środku lub są w dżungli. Przy brzegu rzeki bawiło się tylko dwóch około 2-3 letnich chłopców. Nikt ich nie pilnował. Biegali z kijkami boso po suchej ziemi wydając z siebie jakieś okrzyki. Pomyślałam sobie, że w Polsce czy w większości cywilizowanych krajach, taka sytuacja nie miałaby miejsca. Na pewno rodzice pilnowałaby dzieci

W tym wieku. Zwłaszcza przy rzece! Zapewne padłoby kilka zakazów: nie rób tego, nie idź tam, uważaj na wodę. A tutaj te dzieciaki robiły co chciały. Rzeka była żywiołem z którym dzieci musiały sobie radzić od maleńkości. Szybko nauczyły się co można robić a czego lepiej nie. Zapewne jakby chciały wykąpać się w zimnej rzece, to by to zrobiły. Niestety nie zdążyłam zrobić im zdjęcia, bo po przywitaniu się z rodziną Kalu, dzieci poszły już na drzemkę. 

Weszliśmy do ostatniego domu w wiosce. To był dom Rodziców Kalu. Wyglądał na dosyć spory. Wielki, zadaszony taras z długim stołem wzdłuż którego stał drewniany budynek. Na końcu oddzielny budyneczek, a raczej bambusowa chatka, w której była kuchnia i kilka materacy. Jak się później okazało taras i większy budynek w którym jest koło 5/6 podwójnych materacy z baldachimami, zrobiony jest dla turystów, którzy przyjeżdzają tu na dwu czy trzydniowy treking. Cała rodzina mieszka i śpi w tym najmniejszym pomieszczeniu w którym jest kuchnia. Kalu postawił swój domek obok rodziców i ma w nim tylko sypialnię. Wyglada jak namiot z bambusów na palach. Na co dzień ze swoją żoną wynajmuje pokój w mieście Chiang Mai i razem tam mieszkają. Ale u rodziców spędza prawie połowę swego czasu. Jeszcze więcej, gdy jest sezon uprawy ryżu, bo wtedy pracuje z nimi w polu. Zastanawialiśmy się jak sobie radzi z prowadzeniem firmy jeśli żyjąc u rodziców nie ma zasięgu w telefonie ani internetu. W końcu to mailem zarezerwowaliśmy z nim trekking a odpowiedz dostaliśmy następnego dnia. Mówił, że codziennie rano czy wieczorem wychodzi w górę dżungli łapać zasięg. Fantastycznie 🙂  

Na miejscu dostaliśmy pół godziny wolnego czasu na pochodzenie po wiosce, rozejrzeniu się po domu czy schłodzenie się z rzece. W tym czasie Kalu z rodziną gotowali nam obiad. Posiedzieliśmy także z nimi w kuchni zadając mu milion pytań o to jak żył w takim środowisku i jak żyją teraz jego rodzice. Obiad jaki nam przygotowali był wypasiony! Kilka dań do wyboru z ryżem i owoce na deser. Podali nam warzywa z kurczakiem w dwóch różnych sosach, żabę z warzywami i dżunglowego kurczaka tez z warzywami. Dżunglowy kurczak, czyli jungle chicken, jest bardzo chudy i ma mało mięsa. Praktycznie są to same kości. Dla ludzi z dżungli jest to standardowy kurczak i są przyzwyczajeni do zjadania kości. Zwykłego kurczaka kupują w mieście tylko dla turystów, bo nikt z nich nie naje się jungle chickenem. 

Poprosiliśmy Kalu aby przyłączył się do naszego obiadu, bo z początku chciał jeść sam w kuchni aby nam nie przeszkadzać. Ale usiadł z nami i dzięki temu mogliśmy zadać mu jeszcze więcej pytań 🙂

Pytaliśmy go co jedzą ludzie dżungli i jak zdobywają jedzenie. Mówił, że głównie uprawiają warzywa i ryż. Zastanawiałam się czy może jego rodzina uprawia tyle ryżu aby sprzedawać innym ludziom w wiosce. Ale jak się okazuje, każdy tutaj uprawia ryż dla siebie. Mówi się, że jeśli nie uprawiasz ryżu to jesteś leniem. Jest to prosta i podstawowa rzecz w życiu każdego człowieka w dżungli. Ryż sadzi się raz do roku, tyle aby wystarczyło całej rodzinie do następnych plonów. W tym okresie Kalu robi mniej trekkingow, gdyż pomaga swojej rodzinie przy uprawie ryżu. Ten ryż mieliśmy w swoich miskach do obiadu. Mniammm. Raz w tygodniu jego tato, nocą chodzi na polowanie do dżungli. Poluje na jelenie i jungle pig. Chodzi nocą z latarką, bo tylko wtedy są zwierzęta w dżungli. Za dnia uciekają zdala od ludzi. Gdy Kalu był młodszy, także chodził na polowania z ojcem. Ale teraz nie ma na to czasu. 

Po obiedzie ruszyliśmy tratwą w dół rzeki do drogi, tam gdzie dojeżdżają samochody. Kalu zaczepił nasze plecaki na specjalnie przygotowanym „tippi” z trzech bambusów. Domyślałam się, że robi to po to, aby plecaki nie spadły z tratwy. Ale jak się później okazało, były podwieszone na szczycie tippi aby nie dotykały tratwy w ogóle. Bardzo często, zwłaszcza przy spływie koło większych kamieni, cała tratwa była pokrywana wodą. 

Także zaczęliśmy płynąć. Kuba, Kalu oraz jego siostra wzięli długie kije w ręce i zaczęli się odpychać od dna abyśmy złapali nurt. Od samego początku Kuba stał na przedzie i miał najbardziej odpowiedzialne zadanie, kontrolowanie w którym kierunku popłynie Tratwa. Kalu stał za mną i co chwile krzyczał do Kuby: Right! More right! One more! One more! Now left, left, ok very good. Thank you! Idealnie wiedział ile razy trzeba odepchnąć się kijem z prawej strony a ile z lewej, aby przepłynąć dokładnie między wystającymi z rzeki skałami. Nie było to takie łatwe jakby się wydawało. Wkładając kiła do wody nigdy nie było wiadomo jaka jest głęboka. Przy szybszym nurcie trzeba było naprawdę szybko reagować. Inaczej zderzylibyśmy się ze skałą. Oczywiście raz tak się stało 🙂 Gdy zbliżaliśmy się do skały a Kuba szybko próbował manewrować tratwą aby w nią nie uderzyć, Kalu już wiedział, że się zderzymy i tylko krzyknął do mnie „be carefull at your camera!”.  Uderzenie w skałę nie było takie straszne. Ale nasza tratwa niestety ucierpiała. Trochę się przekrzywiła i naruszył się jeden pal bambusa, który ostatecznie pod koniec spływu się złamał. Tratwy są wiązane cienkimi listewkami bambusowymi. Nic nie jest zbijane na stałe, więc taka tratwa jest naprawdę delikatna.

Gdy jest więcej wody w rzece, podróż zajmuje znacznie krócej i są mniejsze szanse na zderzenie ze skałą. Większość z nich jest po wodą i nie przeszkadzają w płynięciu. W takim wypadku tratwy wytrzymują więcej spływów. Zwykle jedna tratwa wystarcza na około 3 spływy. Wszystko zależy od tego czy są jakieś zderzenia po drodze. Transport tratwy z powrotem na górę do domu Kalu, gdzie rozpoczyna się spływ nie jest tani, gdyż wymaga on rozłożenia tratwy na części, zapakowania jej na samochód ciężarowy, podwiezienia tratwy do rzeki ponad poziom wioski Kalu tam gdzie droga spotyka się z rzeką, zmontowanie tratwy z powrotem i spłynięcie z nią wzdłuż rzeki do domu Kalu. Z tego względu ludzie z jego wioski nie używają tratwy do celów prywatnych. Oczywiście jest to wygodniejsza opcja na dotarcie do drogi, ale niestety nie na finansowe możliwości mieszkańców. Ostatni raz gdy Kalu używał tratwy dla siebie, było 4 lata temu. Jego tatę ukąsił wąż i nie był w stanie iść z nim 2h przez las. Kalu wziął tatę na tratwę, aby szybciej dostać się do szpitala. 

Gdy słyszę taką historię, jeszcze bardziej doceniam swoje dosyć stare autko, na które zdarza mi się czasem pomarudzić. Patrząc na to jak żyją ci ludzie jestem wdzięczna w ogóle za wszystko co mam. Za mieszkanie jakie wynajmuję, nawet jeśli nie do końca jest takie jakie bym chciała, za to że mam rower, za to że mam możliwość rozmawiania ze swoją mamą na Skypie, która mieszka 500 km ode mnie. Za to, że mogę kupować sobie jedzenie takie na jakie mam ochotę i za moje super wygodne łóżko. Wiem, że ci ludzie zostali wychowani bez takich potrzeb jak ja i może nawet ich nie odczuwają. Ale patrząc z mojego punktu widzenia, nawet jakby chcieli coś czego nie maja w dżungli, to naprawdę są bardzo małe szanse aby to mieli. 

Kalu mówił, ze czasami zabiera swoich rodziców do siebie, do miasta. Włącza im telewizor i oglądają filmy. Ale już na drugi dzień mówią mu, że chcą wrócić do dżungli, bo w mieście nie mają co robić. Dla nich miasto jest nudne. A w dżungli zawsze jest coś do zrobienia. Nakarmić zwierzęta, posprzątać wokół domu, ugotować obiad, podtrzymać ogień, pociąć bambus... yyyyyy. Uważam, że my mamy milion razy więcej możliwości na zabicie czasu w mieście a jednak ciagle nam mało atrakcji. Bez telefonu i internetu mało co możemy ze sobą zrobić. To daje mi do myślenia. 

Kalu na tratwie zachowywał się jak przystało ma człowieka lasu. Gdy tylko tratwa zahaczyła o kamień, wskakiwał w ubraniu do wody po pas i przepychał tratwę. W drodze jego siostra zauważyła drzewo z owocami. Hop! Kalu już w wodzie przyciągał tratwę do brzegu, aby zerwać trochę owoców. Wyglądały jak małe pomidorki koktajlowe, ale to nie były pomidory. Miały cierpko kwaśny posmak i konsystencję przejrzałej gruszki. Dziwne w smaku, ale Kalu z siostrą zajadali to z radością. Dalej na brzegu leżał świeżo zerwany bambus. Hop. Kalu znowu w wodzie, wciągnął jedna pałkę bambusa na tratwę. W trakcie spływu wyrzeźbił nam z niego kubki na pamiątkę. Ależ się z nich ucieszyłam. Kolejna super pamiątka w tego wyjazdu! Mogę pić z niego każdy rodzaj napoju. Takie kubki używała też jego rodzina w dżunglowej chacie. 

Przepływaliśmy obok strasznie zniszczonego brzegu. Bananowe drzewa zniszczone, trawa wyżarta, widok jakby przeszła burza. Kalu powiedział nam, że niedaleko jest ośrodek z dwoma słoniami. Jak to bywa z wieloma takimi miejscami w Tajlandii, mało kogo stać na to, aby codziennie do syta nakarmić słonia. Słoń pożera 250-300 kg jedzenia dziennie. Mając kilka takich słoni, utrzymanie ich jest okropnie drogie. Dlatego właściciele z pobliskiego ośrodka wypuścili swoje słonie na jedną noc, aby pojadły zieleniny z dżungli. To była ogromna połać zniszczonego terenu. Dwa słonie zrobiły to w ciągu nocy. Aż strach pomyśleć jakby miały tam zostać na 3 dni. Ucierpiałby na tym olbrzymi kawał dżungli. 

Dużo rozmawialiśmy o tak popularnych w Tajlandii miejscach dla słoni. Kalu uważa, że nie ma ani jednego ośrodka, który zaspokaja potrzeby słoni, zwłaszcza jeśli chodzi o wyżywienie. To jest olbrzymi koszt i nawet jeśli turyści płacą za takie atrakcje, to żaden właściciel nie wydaje odpowiedniej ilości pieniędzy na utrzymanie słoni w należytym stanie. Uważa, że robi się na tym dobre pieniądze i to jest głównym celem takich ośrodków. On sam zna dwa małe ośrodki gdzie są 2 i 5 słoni i tam właśnie prowadza swoich klientów. Mówi, ze także nie ma pewności czy właściciele nie robią tego tylko dla biznesu, ale myśli, że łatwiej utrzymać jest ośrodek z mniejszą liczbą słoni niż tam gdzie jest ich 40 czy 60. Sama zastanawiałam się co o tym myśleć. Przecież Kalu tu mieszka i wie naprawdę dużo co się dzieje w dżungli i w jego trekkingowym biznesie. Wracając z wyprawy faktycznie widzieliśmy ośrodki z duża ilością słoni, gdzie niektóre z nich były pozamykane w ogrodzeniach niewiele większych od ich samych. To przykre,

że te słonie tak muszą żyć. Nie wiem jaka jest prawda. Mam tylko nadzieje, że miejsce w którym ja byłam jest lepsze dla słoni niż większość z tych które widziałam w okolicy Chiang Mai. W Kanchanaburi przynajmniej te słonie chodziły wolno po wielkim terenie. 

Cały spływ trwał koło dwóch godzin. Płynęliśmy bardzo powoli, podziwiając cudowne widoki. To było bardzo relaksujące. Nic w koło się nie działo. Cisza i odgłosy dżungli. Żadnych innych ludzi przez cały ten czas. Tylko my na tratwie. To było fantastyczne. Z Kubą uwielbiamy naturę i taki trekking był dla nas idealnym rozwiązaniem na spędzenie czasu w Tajlandii. Fajnie jest zobaczyć duże i popularne miasta, ale jednak dżungla, która do tej pory była dla nas obrazkiem z filmu, jest tym co wolimy tu oglądać.

W końcu dopłynęliśmy do wioski w której gromadzą wszystkie tratwy na transport. Wioska znajduje się przy drodze i stąd wracamy już do Chiang Mai. Zanim wsiedliśmy do auta, dostaliśmy jeszcze ananaska na przekąskę i przeszliśmy się drewnianym mostkiem nad rzeką. Powrót do domu trwał 2h. W aucie oczywiście jeszcze rozmawialiśmy z Kalu. Jest tak kosmiczną dla nas osobą, że pomimo tych wielu godzinnych rozmów ciagle mieliśmy do niego setki pytań. Myślałam, że będzie miał już nas dosyć, ale widać było, że ma satysfakcję z opowiadania o dżungli. Dżungla to jego życie, jego pasja. Kocha to co robi i zapewne dlatego może opowiadać nam o tym w nieskończoność. 

Trekking z Kalu to jeden z najwspanialszych dni jakie mieliśmy w Tajlandii. Dla takich Europejczyków jak my jest to bardzo pouczające i interesujące doświadczenie. To lepsze niż dokument w National Geography! Każdemu będę polecała wycieczkę właśnie z Kalu. Jestem pewna, że jeśli tylko zawitam w po raz kolejny w Chiang Mai, wybiorę się znowu na trekking z Kalu. Tym razem już na 2 lub 3 dni. 

Wklejam jeszcze odnośniki do strony Kalu i jego Fanpage na FB

KALU WE LOVE YOU!

Scroll to top