Siem Reap – Angkor Wat – Kambodża

Do Kambodży przyjechaliśmy po dwóch dniach spędzonych z Tajlandii. Dwa kraje tak blisko położone siebie, a takie duże różnice! Już podjeżdżając do granicy widać jak biedna jest Kambodża. Przyjechaliśmy bezpośrednio do miasta Siem Reap, które jest najbardziej popularne w całym kraju, ze względu na ogromny Kompleks świątyń należących do Unesco, położony w pobliżu tego miasta. Zjeżdżają tu tysiące ludzi aby zobaczyć to miejsce. Specjalnie wybudowano tutaj nawet lotnisko, aby turyści mogli przylatywać bezpośrednio z innych krajów, nie odczuwają trudności podróżowania po gruncie. Nie dojeżdżają tu z innych krajów ekskluzywne autobusy, ani pociągi z pierwszą klasą. Najwygodniejszym, najszybszym i najbardziej cywilizowanym transportem jest samolot. My mieliśmy okazję przyjechać tutaj VIP autobusem z Tajlandii, który w naszej Polsce jest odnośnikiem do autobusu drugiej lub nawet trzeciej klasy (jeśli taka istnieje). Jednak wracaliśmy samolotem i mogę powiedzieć, że zdecydowanie jest to lepsza wersja, aczkolwiek trochę droższa.

Przed wyjazdem do Tajlandii słyszałam że to obowiązkowe miejsce do zwiedzenia gdy tylko zawitasz w Bangkoku. Tak więc zdecydowaliśmy się na przyjazd do Kambodży ze względu na te świątynie. Gdy przekroczyliśmy granicę doznałam szoku. Nic nie wiedziałam na temat tego kraju. Znajomi i ludzie z blogów, którzy polecali Angkor Wat, także nie wspominali o tym co tu się dzieje i jak wygląda życie w Kambodży. Widok na ulicy był przerażający. Jest tu taka bieda, jakiej nigdy nie widziałam w Europie ani nawet w Stanach Zjednoczonych. Tu nie ma wydzielonych ulic czy miejsc z biednymi ludźmi. Oni są tu wszędzie. Na każdej ulicy, w centrum, na uboczach, poza miastem a nawet przy samym wjeździe do świątyń Angkor Wat. Wiele biednych ludzi mieszka tu w ręcznie zrobionych namiotach, ledwo stojących domeczkach z jakieś tektury czy ledwo zbitych desek na państwowej ziemi. Nie stać ich na własną, nie mogą sobie pozwolić także na kupno czy wynajem mieszkania. Wielu z nich w tych miejscach żyje bez prądu. Prawo zabrania im mieszkać „na dziko”, ale pomimo tego, zatrzymują się gdzie tylko znajdą na to możliwość i zostają tam póki nikt ich z tamtąd nie pogoni. 

Wszędzie są śmieci! Są miejsca gdzie jest ich mniej. Ale nawet przy sklepikach czy straganach zalegają stare puszki po napojach, słomki, papierki i inne odpady. Dzieci wychowujące się na ulicy, boso biegając po tych śmieciach, rzucając wszystko na ziemię. Patrząc na tych ludzi odnoszę wrażenie, że dla nich to normalne otoczenie, normalny stan rzeczy. Tak zostali wychowani, więc nie powinnam się dziwić, że nie sprzątają w koło swego domu czy sklepu. Nie maja takiej potrzeby. 

Co do dzieci, to nasz przewodnik Trey, z którym jeździliśmy po Angkor Wat, mówił nam wiele na temat życia w Kambodży. Między innymi to, że mało kogo stać na to by wysłać dzieci do przedszkola czy do żłobka. Kobiety pilnują dzieci póki nie pójdą do podstawówki. Niektóre z nich mają lepiej i siedzą z dziećmi w domu. Ale wiele z tych kobiet pracuje na ulicy w sklepikach, na targu czy restauracjach. Tak więc dzieci spędzają czas z nimi w pracy. Od rana do wieczora widać kilkumiesięczne bobasy, które przysypiają na rękach swoich mam. Starsze bawią się znalezionymi śmieciami z innymi dziećmi i całymi dniami łobuzują na ulicy wśród turystów. Te dzieci są brudne i zaniedbane. Przechodziłam z puszką Coca-Coli koło jednego chłopca. Spojrzał na mnie pokazując, że chciałby się napić. Dałam mu wypitą do połowy puszkę, a ten wyrwał biegiem jakby bał się, że mu ją zabiorę. Dla tych dzieci życie na ulicy przy handlu w śmieciach jest normalne. Zapewne dziwiłyby się, że można żyć inaczej....

W Kambodży nie ma czegoś takiego jak ubezpieczenie. Leki i szpitale są bardzo drogie. Wiec zwykle starzy i chorzy ludzie mieszkają na ulicy, bo nie mają możliwości zarabiania na siebie w trakcie choroby. Jeśli mają szczęście to zaopiekują się nimi dorosłe dzieci. Jednak nie jest to tutaj taką tradycją jak w wielu innych krajach. Nawet Trey mówił, że z czworga rodzeństwa tylko on opiekuje się matką. Mówi, że resztę nie obchodzi co dzieje się z mamą. Tak więc wielu starszych, chorych czy niepełnosprawnych ląduje na ulicy. Tacy ludzie nie nadają się do życia w mieście, więc bardzo często przenoszą się do lasu na wieś. 

Nasz przewodnik opowiadał, że w lesie - na wsi mieszkają grupy chorych ludzi. Maja swoją kambodżańską nazwę, coś na zasadzie plemienia - ale już jej nie pamietam. W każdym bądź razie ci ludzie jakoś wspólnie działają i czasami widać ich w turystycznych miejscach jak grają na instrumentach. Zakładają zespoły i dorabiają w ten sposób na życie. Jednak zdążą się, że gdy pojawia się w ich środowisku nowa starsza, chora osoba, która przybyła z miasta, to zabijają ją. Pytałam dwa razy Treya czy dobrze rozumiem, że te zgrupowania mieszkające w lesie na pewno zabijają ludzi, którzy z chorobą uciekają z miasta. Potwierdził to. Mówił, że o tym w ogóle się nie mówi. Nadal jest mi ciężko w to uwierzyć. 

Bardzo głośnym tematem w Kambodży jest Pol Pot, który rządził tu w 1975 przez ponad 3 lata. Zabił w brutalny sposób 1/4 populacji - swoich rodaków, na pierwszym miejscu tych wyedukowanych i duchownych. To był wielki kryzys dla Kambodży. Bardzo długo po tym nie mogła się ona jeszcze odrodzić. Ta cała sytuacja miała bardzo silny wpływ na to w jaki sposób teraz żyją ci ludzie. 

Jednak jest w Kambodży coś co mogłoby postawić ten kraj choć trochę na nogi. Angor Wat. Przychodzą tu dziennie tysiące ludzi! Każdy z nich płaci conajmniej 37$ za jeden dzień zwiedzania, 67$ za trzy dni i jeszcze więcej za tydzień. To miejsce przynosi ogromne zyski w milionach dolarach. Można by pomyśleć, że pieniądze idą na inwestowanie w te świątynie. Jednak wiele z nich jest rozwalona i nie ma planów na odbudowanie. Gdy podczas zwiedzania zapytaliśmy Treya na co idą te pieniądze, to uciszył nas kładąc palca na ustach. Potem szeptem wróciłam jeszcze do tematu, ale odpowiedział, że nikt nie wie gdzie są te pieniądze i o tym się nie rozmawia. Widać było, że trochę bał się o tym mówić nawet gdy w koło nie było ludzi. Widać po ilości ludzi w świątyniach jak dużo zarabia to miejsce, ale nie widać gdzie te pieniądze idą. To temat tabu i nikt nie chce o tym rozmawiać. 

My oczywiście jak na turystę przystało, też zwiedziliśmy główną bazę świątyń przy Siem Reap. Z przewodnikiem, który woził nas samochodem od świątyni do świątyni zajęło nam około 7h. Można zwiedzać je rowerem lub tuk tukiem. Na piechotę także, ale są to tak olbrzymie tereny, że w taką upalną pogodę jest to bardzo męczące. Ruiny świątyń były naprawdę imponujące. Trey opowiadał nam wiele o ich historii, wiec zwiedzanie było jeszcze bardziej ciekawe. Gdybyście wybierali się na Angkor Wat to polecam przewodnika choć na jeden dzień. On wie w jakie miejsce pojechać, powie co warto zobaczyć a co mniej, spowoduje, że zwiedzanie będzie bardziej sensowne. Samemu można szwendać się po całym terenie bez pewności, że zdąży się zobaczyć najważniejsze miejsca w jeden dzień. Jest sporo świątyń oddalonych od Siem Reap na 20/30km. One także należą co całego kompleksu, ale żeby je wszystkie zobaczyć trzeba mieć conajmniej bilet trzydniowy i skorzystać przynajmniej z tuk tuka. 

Dużo o Angor Wat można poczytać w internecie, więc nie będę się rozpisywała. Z tych praktycznych rzeczy warto tylko wiedzieć, że do świątyń nie można wchodzić w szortach lub krótkich spódnicach. I nie wystarczy opasać się chustą. Muszą to być spodnie lub spódnica przynajmniej do kolan. Co do bluzek, to musi być krótki rękawek zamiast ramiączek. Oczywiście zdążą się przypadki gdzie strażnicy przegapią nieodpowiednio ubrane osoby. Ale przy każdym wejściu do każdej ze świątyń są sprawdzane bilety i ubiór. Wiec jeśli wpuszczą cię do jednej, możesz nie wejść do drugiej. 

Nam chyba najbardziej z tego wszystkiego podobały się zielone tereny między świątyniami. Tutejsze lasy wyglądają jak dżungla i jest to dla nas ciagle egzotyczny widok. Drzewa tworzą dach, nad którym wystają wysokie palmy, a pod nimi żyją wolno biegające dzikie małpki. Małpeczki są urocze. Obserwowaliśmy je i wyglądają jak takie słodkie pieseczki, które chciałoby się przytulić i wytarmosić. Niestety nie można. Trey mówił, że jeśli podejdziemy do nich z bananem to nie będą agresywne. W innym przypadku zbliżenie ryzykuje atakiem małp i wścieklizną. 

Po świątyniach podjechaliśmy jeszcze do małego portu z którego robią wycieczki łodzią do wioski pływającej na jeziorze - floating village. My nie zdecydowaliśmy się na jej zakup, bo oglądanie biedoty żyjącej na wodzie za 20$ za osobę wydało mi się trochę smutne. Zrobiłam kilka zdjęć brzegu rzeki z ohydnie brudną wodą, w której kapali się mali chłopcy i wróciliśmy do hotelu. 

W kolejny dzień spacerowaliśmy już tylko po Siem Reap. Wciągnęliśmy trochę lokalnego jedzenia, lodów i oczywiście mango. Zakupiliśmy też kilka pamiątek przy czym mieliśmy spory ubaw. Jest tu specyficzny sposób sprzedaży na targach. Zwykle mówią ci cenę, a trzy sekundy później, że dadzą ci zniżkę, zanim cokolwiek powiesz. Z początku zniżka jest mała, ale jak zaczniesz się targować to zejdą nawet 2/3 z ceny w większości przypadków. Ja chciałam kupić sobie drewnianego 4 kilowego słonika na pamiątkę. W pierwszy dzień cena wyjściowa była 160$, ale stargowałam do 80$. Jednak jeszcze chciałam się rozejrzeć za innymi słoniami i wróciłam w to miejsce na następny dzień. Za drugim razem cena wyjściowa była już znacznie mniejsza, 90$ ale ostatecznie z łatwością stargowaliśmy się z Kubą do 45$. Przy takim targowaniu czasami zastanawiam się czy słusznie to robię. Sprzedawczynie czasami proszą mnie abym dała im zarobić, mówią że jest bardzo cieżko z biznesem. Domyślam się, że są trochę tego nauczone aby tak łapać za serce klienta. Z drugiej strony ceny jakie podają za niektóre rzeczy są absurdalnie gigantyczne. Kuba chciał kupić mamie naszyjnik i pierwsza cena to 25$. Gdy jej powiedział, że weźmie za 5$ kobieta otworzyła buzie z wrażenia i doznała szoku. Ostatecznie jednak sprzedała za 5,5$ i była bardzo zadowolona. I to jest właśnie najlepsze! Zawsze po takim targowaniu, panie sprzedające mają satysfakcję ze sprzedaży. Mówią „good deal for you and good deal for me”, czyli pomimo targowania były szczęśliwe. Czasami nawet pytaliśmy je czy są napewno zadowolone i zawsze odpowiadały z uśmiechem, że tak. Dziękują z radością, życzliwie pakują zakupy i życzą miłego dnia. 

Chodząc tak po uliczkach, często widzieliśmy rozwieszone ciuchy na wieszakach przy ulicy lub na podwórkach. Trochę śmieszył nas ten sposób suszenia ciuchów - centralnie na ulicy gdzie przechodzą ludzie. Okazało się, że te ubrania należą do turystów i gdy oddajesz ciuchy do prali, właśnie w ten sposób są suszone. Postanowiliśmy oddać i nasze ubrania do pralni. Gdy wracaliśmy do hotelu widzieliśmy je wiszące tak samo jak  wszystkie inne. Cała bielizna na wierzchu! 😀

Jeśli wybierasz się do Kambodży warto wiedzieć, że za wszystko możesz zapłacić tam w dolarach. Często zdąża się, że z większej sumy wydadzą w dolarach i drobne w swojej walucie. My zwykle te drobne zostawialiśmy jako napiwek. Ale gdy wydali nam ichniejszą walutą w markecie to musieliśmy pamiętać jaką mniej więcej miało to wartość i przy kolejnej okazji zapłaciliśmy jednocześnie dolarami i ch walutą. 

Wiza do Kambodży kosztuje 30$. Ale słyszałam i czytałam, że strażnicy mogą zażądać nawet kilka dolarów więcej. Masz dwie opcje. Zapłacić tyle i iść przez dalszy proces realizacji wizy lub poczekać chwile i stanąć w kolejce drugi raz. Może kolejnym razem nie podwyższą ceny. Z tego co wiem można z nimi negocjować i czasem schodzą do obowiązkowych 30$. Cały proces przejścia przez granice trwa dosyć długo. Nasłuchałam się i naczytałam, że może to zając trochę czasu, zwłaszcza gdy jedziesz na własną rękę. My zdecydowaliśmy się wykupić autokar z Bangkoku do Siem Reap i dzięki temu nasz proces trwał znacznie krócej. W zorganizowanych wyjazdach idzie szybciej. Za dodatkowe 10$ firma przewozowa oferowała nam także wypełnienie formularza wizowego za nas i ominięcie stania w kolejkach. My skorzystaliśmy z tej usługi i dzięki temu staliśmy tylko raz przy okazaniu dokumentów. Potem już tylko siedzieliśmy w autokarze i nie musieliśmy przechodzić przez kolejne bramki i wypełnianie formularzy. Jeśli nie chcesz ponosić dodatkowych kosztów, zabierz ze sobą zdjęcie do wizy. Pomimo, że dużo czytałam o przejściu granicznym, nigdzie nie było napisane, że potrzebujemy zdjęcia do wizy. Oczywiście mogliśmy je zrobić przez naszą firmę przewozową za dodatkowe 100B (11zł). Nie wiem ile taka usługa kosztuje na granicy, bo nigdzie tego nie doczytałam a nie byłam w środku budynku, w którym załatwia się wizę. 

Gdy wylądowaliśmy z powrotem w Tajlandii, to szczerze mówiąc poczułam ulgę. Była to bardzo interesująca wyprawa. Uważam ze warto tam pojechać. Miasteczko bardzo klimatyczne i ciekawe, bardzo mi się podobało. Ale bieda i zimne twarze strażników na granicy strasznie mnie przerażały. Gdy przylecieliśmy do Bangkoku miałam wrażenie, że wróciłam do cywilizacji.

Nigdy wcześniej nie podróżowałam biorąc przewodnika na wycieczki. Na tym wyjeździe miałam już możliwość dwa razy zwiedzania z przewodnikiem - Kambodży i Tajlandii w dżungli. Uważam, że jest to naprawdę super sprawa. Dzięki przewodnikowi można dowiedzieć się znacznie więcej niż wyczytasz w internecie. Ja jestem jedną z tych, która nie lubi czytać historii i długaśnych nudnych opowiadań związanych z krajami. Wole aby taka wiedza została mi przekazana bezpośrednio od kogoś kto ma z nią styczność. Tak więc dla mnie przewodnik był najlepszym rozwiązaniem. Polecam!

Scroll to top