Elephants World – Tajlandia

Elephants World Blow Up My Mind

Katchanaburi, to miejscowość, która leży koło 130km od Bankoku. Przyjechaliśmy tu z Kubą tylko na jeden dzień. A dokadniej na One Day Program w schronisku dla słoni, który oferował nam spędzienie prawie całego dnia na przygotowywaniu jedzenia dla słoni, karmieniu ich, taplanie się z nimi w błotku i  kąpaniu ich w rzece…

Kiedy pierwszy raz przed wyjazdem do Tajlandii usłyszałam, że można tam jeździć na słoniach, od razu wiedziałam, że spotkam je na swojej drodze. Jednak potem dowiedziałam się, że obozy, które oferują jazdy na słoniach, są nastawione na komercję nie martwiąc się o ich dobro. Wręcz przeciwnie, wykorzystują je i zmuszają do tego czego słonie nie lubią. Poczytałam trochę o słoniach w Tajlandii i znalazłam wiele informaci, które tylko mnie upewniły w niesłuszym traktowaniu słoni w takich miejscach. Trochę mnie to zasmuciło gdyż nie chciałam świetnie się bawić jeżdżąc na słoniu z myślą, że przy tym cierpi ale jednak chciałam być blisko nich. Nie wiem jakim cudem, ale w końcu trafiłam na stronę z info, że jest pewne schronisko niedaleko Bangkoku, gdzie słonie są wolne od atrakcji dla ludzi. Żyją tam tak, jak tego potrzebują, wolno chodząc po wielkim terenie przygotowanym specjalnie dla nich. 

I w taki oto sposób znaleźliśmy się w Elephants World ❤
Wszystko to o czym czytałam na temat tego miejsca sprawdziło się. Było to prywatne schronisko dla znalezionych i przygarniętych słoni, które wcześniej były wykorzystywane najczęściej do ciężkiej pracy. Nie robiono tu żadnych pokazów z nimi ani nie jeżdżono na nich. Chodziły sobie po wielkim terenie i miały pełną opiekę ludzi. Zwierzęta te dorastały przy ludziach, więc nie byłyby teraz w stanie żyć bez ich opieki. Nie poradziłyby sobie w dzikim lesie. 

W schronisku było 25 słoni. Najstarszy miał 83 lata, najmłodszy 7. Było 3 facetów i reszta babeczki. Każdy słoń ma swojego mahuda. Mahud to taki przyszywany właściciel słonia, który się nim opiekuje. To jedyna osoba jakiej słoń słucha najbardziej. Nikt inny nie jest w stanie tak skontrolować słonia jak mahud. Mahud zwykle wyprowadza słonia na spacer, zarządza jego czasem na kąpiel, błotko i inne codzienne czynności. To też jedyna osoba, która zasiada  słonia (bez żadnych uprzęży). Nikt inny zwykle tego nie robi w ogóle. Słoń nawet podnosi swoją nogę do góry, lub schyla głowę do ziemi aby ułatwić mahudowi wejście na grzbiet. Widzieliśmy nawet jak słoń podaje klapki i czapkę z ziemi dla swojego mahuda, który dopiero co usiadł na niego.  Mahud i słoń są jak nierozłączni przyjaciele. Co najciekawsze, słoń sam wybiera sobie mahuda. Oczywiście każda osoba może zdecydować, że chce być mahudem konkretnego słonia, ale ostateczne przyzwolenie daje słoń, gdyż jest to jedyna osoba, do której słoń ma największy szacunek. Jeśli mahud wybierze słonia na siłę, słoń nie będzie się go słuchał. W związku z tym mahudem jest zwykle mężczyzna. 

W schronisku pracuje około 90 osób. 25 to mahudzi. Reszta to osoby przygotowujące jedzenie, pracujące w terenie czy z odwiedzającymi. Schronisko prowadzone jest przez weterynarza, który pieniądze na utrzymanie ma tylko z odwiedzających. Ziemia na jakiej jest schronisko, jest wynajmowana. I celem jest wykupienie tej ziemi. Jednak jest to olbrzymi koszt i nie wiadomo kiedy uda im się uzbierać te pieniądze. 

No ale teraz konkrety. Nasz dzień zaczął się od krótkiego wykładu na temat życia słoni w tym miejscu. Ważne było to abyśmy nie krzyczeli przy słoniach i nie stawali z tyłu. Słonie widzą tylko z przodu i z boku. Wiec mogą kopać jeśli coś wyczują z tyłu. Każdy z nich miał na szyi sznurek. Biały oznaczał, że słoń jest przyjazny a czerwony - agresywny. I nie tylko w stosunku do ludzi ale także do innych słoni. Wiec takich nie mogliśmy dotykać. Był tam jeden najbardziej agresywny słoń. Jako jedyny (poza ślepymi słoniami) był przywiązany daleko na uboczu. Stanowił zagrożenie dla ludzi i innych zwierząt w schronisku. 

Po wykładzie zaczęliśmy karmić słonie. Podczas karmienia nie pozwolono nam przekraczać czerwonej lini, bo w ekscytacji jedzeniowej mogły one chwycić trąbą za wszystko co popadnie. Nawet za aparat czy telefon. Niektóre z nich były przywiązane w trakcie karmienia, gdyż miały zwyczaj kradzenia jedzenia innym słoniom. A każdy z nich miał wyliczoną dokładną ilość pożywienia na dzień. Niektóre z nich były nawet na diecie i nie mogły np. jeść arbuzów ze skórką albo innych owoców czy warzyw. Każdy słoń miał rozpisaną dietę i przypisany do siebie wielki kosz ze swoim imieniem, z którego to braliśmy owoce do karmienia. Taki słoń zjada w ciągu jednego dnia koło 150kg pożywienia i wypija około 100 litrów wody dziennie!!! Wyobrażacie sobie ile musi kosztować utrzymanie takiego słonia?!?

W ciągu dnia oglądaliśmy jeszcze krótki wykład o słoniach. Niesamowite rzeczy. Słoń jako jedyne zwierze rozpoznaje się w lustrze. Ma największy mózg, który jest bardzo rozwinięty. Ma też niesamowitą pamięć, bo gdy słoń w młodym wieku pozna kogoś, to nawet po 10 latach gdy ta osoba dorośnie i zmieni wygląd, słoń także ją rozpozna! 

Myliśmy arbuzy z pestycydów a także ścinaliśmy elephant grass (słoniową trawę) na polu w 34°, którą później karmiliśmy słoniki. Strasznie ciężka robota. Robiliśmy nawet bananowe przysmaki z trawy i specjalnego jedzenia dla jednego z nich (tez był na specjalnej diecie). Obserwowaliśmy słonie jak się kąpią grupkami w wodzie i w błotku. W tym czasie rozmawialiśmy z przewodnikiem dopytując go o więcej informacji związanych ze słoniami. To był naprawdę relaksujący dzień. Taki egzotyczny chillout w naturze o którym nawet byśmy nie pomyśleli będąc w Polsce. Mogliśmy tak siedzieć w cieniu i gapić się na nie bez końca. 

Po kilku godzinach dostaliśmy pyszny tajski lunch, bufet dla wszystkich grup. Tego dnia były chyba 4 grupy. Każda po 10 osób. Przy tak małej ilości ludzi nie czuło się, żeby ktoś komuś przeszkadzał. Gdy nasz grupa karmiła kilka słoni, reszta siedziała z innymi na plaży lub rwała trawę. Tak wiec wymienialiśmy się czynnościami i nikt nikomu nie wchodził w drogę. 

Dla mnie najprzyjemniejszą atrakcją całego dnia było kąpanie się ze słoniami w błocie i w rzece. Najpierw poszliśmy z nimi do wielkiej dziury z błotem. Jeden z mahudów zaprowadził tam swojego słonia, ale ten uporczywie próbował wyjść z błota. Okazało się, że słonik chciał iść do swojej przyjaciółki, która jeszcze nie zdążyła przejść z rzeki do błotka. Dopiero gdy już przyszła, pierwszy słonik ze spokojem został w błocie. To nam pokazało jak niektóre słonie potrafią się przyjaźnić (jak ludzie). 

Masowaliśmy słonie błotem: kark, boczki i czubek głowy. Kazdy mahud pilnował aby jego słoń leżał, by ułatwić nam zadanie. Widać było, że słonie mają z tego wielką przyjemność. Taka kąpiel była jednocześnie masażem i chłodziła im ciało. To była naprawdę super zabawa. Wszyscy obrzucaliśmy błotem słonie i siebie na wzajem, jak dzieci. Gdy już wszyscy wychodziliśmy z błota, jeden ze słoni nabrał tej brudnej wody do trąby i prysnął mi prosto w twarz. Ale miałam ubaw.

Po takiej brudnej zabawie był czas na kąpiel w rzece. Dostaliśmy szczotki do szorowania skóry słonia i wiaderka do polewania. Ostrzeżono nas wcześniej aby nie znaleść się między słoniami w kąpieli, gdyż w wodnej ekscytacji mogą nagle kłaść się gdzie popadnie i mogą przez to nas splaszczyć. Widać było, że są szczęśliwe. Nasz przewodnik mówił nam, że słoń jest szczęśliwy gdy macha uszami. 

Mahudzi pilnowali swoich słoni, przewracali je w wodzie na boki i bawili się trąbą ochlapują nas wszystkich w okoła. Gdy trąba była pod wodą, nabierała trochę wody do środka, potem mahud wyciągał ją z wody i celował w kogoś. Gdy słoń wydychał powietrze, cała woda tryskała komuś w twarz. Rzeka była taka ciepła, że nurkowanie w niej ze słoniami sprawiało ogromną przyjemność. Potem dostaliśmy ręczniki żeby się wysuszyć, ewentualnie wziąć prysznic. Zjedliśmy ciasteczka, ostatni raz nakarmiliśmy słonie i wróciliśmy do miasta. 

To było fantastyczne przeżycie. Stanie obok słonia, głaskanie go i przytulanie się do trąby ładowało mnie spokojem i dziecinną radością. Pokochałam te zwierzęta. Byliśmy tam 3 dni temu i mogłabym jechać tam ponownie choćby zaraz!

Koszt takiego dnia to 270zł za osobę. Może wydawać się sporo, ale widząc potrzeby schroniska i to ile dostaliśmy w zamian, cena wydaje się bardzo mała. Na pewno jadąc do Tajlandii i wydając już te 2000 zł za bilet, warto zapłacić dodatkowo za to nietypowe doświadczenie, o które ciężko w Europie. To totalny kosmos. Ciekawsze niż trzeci dzień szwędania się po Bangkoku. Przeżycie jakiego nie zapomnisz. Warte swojej ceny‼️

Polecam każdemu! Miejsce jest odpowiednie także dla dzieci.

❤️ I LOVE ELEPHANTS WORLD ❤

Scroll to top